• AirMaxDay2019 Ju bez wchodzenia w dyskusj jak to Nike wykreowa
  • Ostatnimi czasy znaczco mniej wrzucam zdj na Instagram Powd bardzo
  • To zdjcie miaem wrzuci jako bliej pocztku roku ale jako
  • Z cyklu longtimenosee  bokserki Jak najdzie mnie ochota na
  • Wizualnie bardziej podobay mi si PG1 od PG2 lecz to
  • Ja i Jsy w skrcie najatwiej okreli to skomplikowane
  • Ostatnio byo ciszej w kwestii tego co si zakupio
  • Zrobiem sobie dusz przerw o wrzucania czegokolwiek na Instagram Po
  • Dawno nie byo Best of butologia 105! soletoday sneakercommunity kicksoftheday
  • Kolejna z par w ktrej dawno si nie grao i
butologiatalk-bankapekla-ico

#ButologiaTalk – Bańka pękła – i co dalej?

Początkowo część tego wpisu napisałem jako kolejną odsłonę mojego cyklu „Porcja luźnych myśli”. Finalnie doszedłem do wniosku, że właściwie można na to spojrzeć jeszcze w szerszym zakresie. Czy apogeum „butowej zajawki” jest za nami? Wiele czynników pokazuje że tak.

Ja kupuje buty ponad to co potrzebuje ponad 15 lat – a „window shopping” praktykuję od dzieciaka 🙂 W tym czasie widziałem nie jedną modę która opanowała scenę sneakersową aby potem przeminąć, zrotowałem spokojnie połową kolekcji na przestrzeni lat, kiedy to wyzbywałem się części par aby zrobić miejsce dla kolejnych (albo zdobyć na nie w ten sposób budżet). Niemniej zawsze w tym była zajawka, która to u mnie przybierała różne formy. Pisałem o tym – tylko krowa nie zmienia zdania, ja też miałem różne okresy w kontekście tego co kupowałem.

W ostatnich latach cała zajawka wokół butów bardzo mocno się skomercjalizowała. Jest to dość proste – jak gdzieś są do zarobienia pieniądze, to ktoś będzie się starał aby ten dochód wpadł do jego kieszeni. Bo czym była scena sneakersowa te 10-15 lat temu? W sporym uproszczeniu garstka osób jarała się GR’owymi wydaniami, zgłębiała wiedzę na temat każdego modelu, jeśli pojawiło się widmo dorwania jakiej kolaboracji, to pod sklepem się stało aby kupić parę dla siebie, ew. dla kumpla który nie mógł być. Żadne „JaKi RiSeLL?”, bo ludzie nie siedzieli w tym dla pieniędzy ale z pasji. Oczywiście firmy obuwnicze nie wypuszczają butów dla szczytnych celów, tylko są to wielkie korporacje gdzie liczy się $$$, więc to że my dorwaliśmy spoko wydanie w outlecie niekoniecznie było to na rękę producentom. Teraz się pozmieniało i mamy jedną wielką pogoń aby wszelakie słupki sprzedażowo-dochodowe rosły z sezonu na sezon. Już nie będę ponownie brnął w te schematy marketingowe, influenserski syf, bo od tego to powoli robi się niedobrze. W skrócie – sneakerheadzi, zajawka na buty to tylko była taka dźwignia mająca pomóc markom się wypromować (albo raczej ich produkt). Pasja to była tylko ładna otoczka dla stworzenia mody na kupowanie więcej butów.

Pisałem o tym niejednokrotnie – bańki pod hasłem sneakersy nie da się pompować w nieskończoność. To że ona pękła to w niemałej mierze zasługa producentów. Każdy próbował wycisnąć ile się da, aby to jego produkt był tym „must have” w danym sezonie, aby kolejny model zrobił tyle zamieszania co poprzednik. Zalali rynek towarem. Z kultu buta zrobił się kult konsumpcjonizmu (ktoś może powiedzieć że to to samo, ale nie do końca). Ledwo co człowiek nacieszył się jednym modelem, już drugi podstawia się mu pod nos. W międzyczasie wpycha się mu trzeci bo jest na promocji. Czwarty też już czeka w kolejce. To co zrobił Jordan Brand kilka lat temu teraz można zarzucić niemal całemu rynkowi. Z jednej strony narzekamy na słabą jakość butów, z drugiej ich oferta jest tak ogromna że nie sposób się w niej rozeznać (a co dopiero to wszystko sprzedać…). Zastanawiam się czy określenie żałosne jest tutaj najbardziej obrazowe, lecz jeśli producenci butów sportowych zaliczają regres sprzedaży w kategoriach performance’owych, to nie wygląda to dobrze. Znaczy to tyle że aktualnie to tylko moda lifestyle’owa ciągnie ich do przodu. A „sportowy styl” nie będzie święcił triumfów wiecznie.

Z tego wszystkiego zrobiło się jedno wielkie zjadanie własnego ogona. Ta machina wypychania czego się tylko da musiała w pewnym momencie zatkać. Szczególnie że producentom coraz trudniej wygenerować modę na swój produkt, bo to ludzie sami tworzą trendy, a mniej są one odgórnie ustalone. Oczywiście nie w każdym kontekście, lecz firmom jest już trudniej wmówić nam „masz kupić nasz produkt!”. W sporej mierze patrzę na siebie, jak to u mnie zaczęło wyglądać. Przez lata kupowało się buty, dodawało kolejne pary do kolekcji aż doszło się do etapu że patrzę na te stosy kartonów i sam sobie zadaje pytanie – po co mi tyle tego? Teraz tylko przekładam pudełka ze sztapla na sztapel i rzeczy które jeszcze dwa lata temu brałem za esencję kolekcji stwierdzam że się nimi nacieszyłem i zamierzam sprzedać.

Ostatnio o tym myślałem – na przestrzeni lat wyszło ileś wydań, którym można doczepić etykietkę „klasyk”. W część udało się człowiekowi zaopatrzyć zaraz po premierze, inne odhaczał w późniejszym terminie. Niemniej teraz w ciągu miesiąca potrafi być 200 różnych premier – oczywiście 3/4 z nich to paździerz niewarty wspominania, lecz nawet przyjmijmy 1 para na miesiąc. 12 w ciągu roku. 5 lat? 60 par. Zacznijmy do tego dodawać pary które zawsze się podobały, ale stwierdzało się że retail to za dużo, później się nie miało kasy, ale finalnie udało się dorwać. Plus coś z wyprzedaży. Nagle wychodzi że te 2 pary na miesiąc to jak pstryknięcie palcami i aby posiadać 100 par to wcale nie jest wymagana nie wiadomo jaka ilość wyrzeczeń. Ale jak długo tak można?g1365566487387516221

Chyba powoli dochodzę do sedna. Prędzej czy później, te buty zaczynają się nudzić w momencie gdy niemal wyskakują one nam z lodówki. Aktualnie mamy czas, gdzie jest przerost formy nad treścią. Usilna próba szokowania, serwowanie coraz to dziwniejszych rzeczy albo tysięczny raz odgrzewanie tego samego kotleta. W ostatnim czasie zacząłem patrzeć na to wszystko bardziej chłodnym okiem – znacznie mniej się ekscytuję kolejną zapowiedzią, nowinką, generalnie czymkolwiek związanym z butami. Może jest to wynik tego że jak przez tyle lat się mocno tym żyło, to po prostu się sparzyłem i teraz dopiero nabieram dystansu. Niemniej wg mnie nie sposób przez ileś lat w kółko tak samo mocno jarać się sneakersami. W którymś momencie przychodzi ten moment nasycenia – albo tak jak ostatnio rozmawiałem ze znajomym – chwila kiedy umiemy powiedzieć przed sobą, że nacieszyliśmy się danymi wydaniami (i je sprzedać). Słowo klucz to umiar. A że ostatnio więcej się mówi o porządkach, minimalizmie w życiu – posiadanie nadmiaru dobytku który po prostu się ma przestaje uchodzić za coś, czym warto się szczycić.

Oczywiście nie wieszczę tutaj jakiś rychłych krachów, załamań rynku itp. Producenci w końcu zaliczą lekką czkawkę, w jakimś kolejnym podsumowaniu wyjdzie że jednak nie zarobili tak dużo jak chcieli (albo w danym kwartale nie zarobili), akcje może odrobinę stanieją. Ludzie ciągle będą kupować buty, ale przestanie to być takie „WOW” bo każda moda kiedyś przemija. Choć z drugiej strony możemy mieć obraz że część sklepów się pozamyka bo koniunktura nie będzie w stanie wyżywić wszystkich. A patrząc po skali wyprzedaży jakie miewamy, to sklepy naprawdę bywają przetowarowane w imię zapewnienia szerokiej oferty produktu (którego finalnie jednak mało kto chce).

Jak zawsze – to jest mój pogląd. Zapewne pośród osób które to czytają są te bardziej zdroworozsądkowe, które sporadycznie dokonują zakupu jakiejś pary dzięki czemu nie mają tego uczucia przytłoczenia butami. Niemniej jak poruszam ten temat pośród znajomych, to po tych intensywnych ostatnich latach w kwestii promocji butów, teraz już coraz trudniej czymś zaskoczyć ludzi. Jeszcze raz przytoczę przykład Jordan Brand – jestem niemal w stanie się założyć że na część nowych kolorystyk na które teraz się kręci nosem, to 7-8 lat temu ludzie by się rzucali. Ale wyszło tego tyle że ma się ten „komfort” aby machać ręką na to. Dodając do tego młodsze pokolenie, które nie raz zainteresowało się sneakersami przez pryzmat resellerki – cóż, skończy się łatwa kasa, skończy się i zajawka części osób. A w momencie kiedy ten trzon, osoby które siedziały w tym lata zaczynają luzować – to ta esencja sceny sneakersowej będzie się nam rozmywać. Nie ma się co okłamywać – teraz mniej osób chce zgłębiać wiedzę o butach, a wszystko jest bardziej powierzchowne.

Choć finalnie dzięki temu że w kwestii butów spadnie trochę ciśnienia, zapewne części osób uda się dorwać jakieś wydania sprzed lat w przystępniejszych cenach 😉

2 komentarze

  • Michau

    6 marca 2019 at 07:36

    To co moge powiedziec od siebie…z tego co zdazylem sie zorientowac ja chyba nigdy nie bylem sneakerheadem pomimo, ze dla znajomych ktorzy zupelnie w tym nie siedzą jestem osobą,ktora ma „korbę” na punkcie butów. Mimo wszystko wydaje mi się,że nigdy nie przekroczyłem linii dobrego smaku.. jesli interesowal mnie jakiś szczegolny model buta powiedzmy Jordan XI to wiązało się to z tym, ze albo naprawdę podobał mi się design tego kicksa albo chodziło o jakas dłuższa historia związana ze wspomnieniami z dawynch lat. Nigdy nie rozumiałem tego pędu do butów, ktore juz przeciez mam tylko w nieco zmienionej kolorystyce.
    Z biegiem czasu kupowanie kolejnej pary tych samych butów różniących się jedynie kolorem Jumpmana wyszytego na cholewce poprostu przestała mnie cieszyć.. zwyczajnie nie da sie zjeść piątego pączka z tym samym apetytem co pierwszego..
    Rynek riselerski będzie zawsze kuszącą sprawą..nie raz zdarzyło mi sie znalezc w outlecie nike jakies perełki, które kupowałem w nie swoim rozmiarze tylko po to, zeby je zaraz sprzedac na aukcji..przykładem mogą być choćby buty Nike air pressure kupione za 250 zł (kto by sie nie połasił na nie niech pierwszy rzuci kamieniem;) których wiadomo było, ze nigdy nie założe bo wyglądają…okropnie;)
    Nikt nie wmówi mi, ze wszystkie kolaboracje Nike z Off white-m są tak świetne, ze polują na nie z chęci posiadania danej pary…poprostu dzieciaki zwietrzyły sposob na zarobienie gotowki. Absolutnie tego nie krytykuję, mówi się, że but jest tyle wart ile jakiś idiota będzie w stanie za to zapłacić. Jesli ktos jest w stanie wybulić za buty 3k papieru w odsprzedazy …to jego problem, nic mi do tego.

    Odpowiedz
    • c.

      13 marca 2019 at 08:01

      Wg mnie nie ma czegoś takiego jak „definicja sneakerheada” – w moich oczach fajne jest to, jak ktoś potrafi posiadać własną bajkę w kwestii butów i się tym cieszyć. Tutaj nie ma kanonów których trzeba się trzymać.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.