There are no publications in this account yet

#ButologiaTalk – Psychologia kolekcjonowania butów

Czyżbym zmów wziął się za mądrowanie? Najpierw gentryfikacja, teraz psychologia? 😉 W zjawisku kolekcjonowania butów mamy sporą dowolność w podejściu do tematu, lecz nie da się odmówić istnienia pewnych schematów.

Na początku można się zapytać – dlaczego zbieramy buty? Czy to chęć zaimponowania innym? A może próba powrotu do młodzieńczych lat i swoiste nadrabianie czasu? Niemal co osoba to odpowiedź może być zupełnie inna. Gdyż właśnie – to co zawsze lubiłem w butgrze, to że tutaj nie było utartego jednego schematu jak należy postępować. Są osoby zafascynowane wydaniami OG, wszelakim vintage stuffem, PE zawodników. Inni skupiają się na wydaniach kolaboracyjnych, jeszcze inni dopuszczają do siebie tylko jedną marką albo nawet i jeden model. To jest tylko kilka przykładów, bo wymieniać tak mógłbym do jutra. Ta różnorodność zawsze była spoko i według mnie pchała tą scenę do przodu. Bo chyba nie ma nic gorszego niż klapki na oczach i podążanie niczym stado baranów jedną utartą ścieżką.

„Kolekcjonowanie butów” – celowo umieszczam to w cudzysłowie – bo w którym momencie jeszcze mówimy o zbieraniu, a kiedy o nałogu wydawania pieniędzy, popadnięciu w konsumpcjonizm, kupowaniu niepotrzebnych rzeczy? Ta granica może być dość śliska i sam co nieco o niej wiem. Czy nie zasłaniamy się tą otoczką pasji tylko w celu dokonania kolejnego zakupu? Ile razy się dostało małpiego rozumu w momencie gdy na sklepy wjechała wyprzedaż, restock albo pożądana para? Ile razy górę brała chęć zaimponowania innym nad zdrowym rozsądkiem? Mógłbym jeszcze conajmniej kilka takich mniej wygodnych pytać tutaj wypisać, ale mam nadzieję że rozumiecie do czego dążę. Obstawiam że znacząca większość osób to czytająca kiedyś w mniejszym bądź większym stopniu dała się zmanipulować i połknęła ten haczyk producentów/sklepów. Pozwoliło się sobie wmówić co jest fajne, co ma się mieć. Ale spokojnie, każdemu z nas zdarza się popełniać błędy.

Odwołując się jeszcze do procesów, jakie zachodzą w naszej głowie, kiedy to impulsywnie zakupimy jakąś parę, albo dorwiemy pożądane wydanie. W mózgu uwalniana jest dopamina, czyli mówiąc w skrócie, jesteśmy naćpani. W dobie social media ten „zastrzyk przyjemności” serwujemy sobie ileś razy. Najpierw kupujemy parę, potem chwalimy się w społecznościówkach, następnie znów czekamy na kciuki w górę i serduszka pod zdjęciem na nodze i tak w kółko. Tak, lubimy to. A im bardziej pożądana para, tym interakcji jest więcej, czyli nasze ego rośnie, czyli zupełnie jak narkomanii, chcemy więcej i więcej. Bo przecież po dużym strzale trudno nagle zejść na mniejsze? Oczywiście nie chodzi mi tutaj aby nagle buty stawiać na równi ze wszelkiego rodzaju narkotykami, ale brak umiaru we wszystkim jest dla nas szkodliwy. Nawet w takich sneakersach, które potrafią mieć dla nas przecież taką wartość historyczną, sentymentalną i cholera wie jaką jeszcze.

Boom na buty ma się w najlepsze. Producenci rok rocznie zaliczają wzrosty, mamy taką ilość premier, że trudno jest już to ogarnąć. Prawie dwa lata temu przytaczałem wypowiedzi Matta Powella o tym ile Nike sprzedaje par na sekundę. Dużo. Sneakerheadzi byli potrzebni producentom aby pokazać, że za butami może kryć się historia i że fajnie jest posiadać dużo par i mieć w czym wybierać. Zrobili swoje, możecie iść. Teraz firmy chcą abyśmy kupowali buty jak odzież w sieciówkach – na kilka ubrań po czym zamówili kolejne. Taka otoczka pasji w imię konsumpcjonizmu. Przy tej ilości premier to naprawdę zaczyna wyglądać tak, że dziś jaramy się tym wydaniem, które przed chwilą się ukazało, ale po „tygodniu” już się o nich zapomina bo wyszła kolejna iście bombowa premiera. I tak w kółko, niekończący się cykl niczym błędne koło. Skutkuje to tym, że nie brak osób, które wpadły „na chwilę”. Kupiły kilka mniej/bardziej hype’owych par, a później wyprzedaż wszystkiego byle się pozbyć. Albo na jednej, drugiej, trzeciej wyprzedaży po parze, która jakoś wybitnie się nie podobała, ale była tania. Wspominałem o tym we wcześniejszych wpisach – ktoś kto bardzo powierzchownie siedzi w butgrze, równie szybko jak w nią trafił to ją opuści. Bo fajnie się kupuje buty, fajniej się nimi chwali niż przykładowo parą spodni.

Jedni kolekcjonują znaczki, inni auta. Stawiam że osoba która to czyta to z autopsji coś wie o fascynacji i zbieraniu butów. I spoko! Wiecie, tak naprawdę do funkcjonowania człowiekowi wystarczy 10 par aby być przygotowanym na różne okazje i pory roku (nawet zrobiłem taką listę „essentiali” , kiedyś nawet myślałem czy nie zrobić z tego wpisu ale finalnie spassowałem), ale nikt nie może zabronić nam posiadać ich więcej niż potrzebujemy. Może o moim podejściu do kolekcjonowania napiszę innym razem, ale pokrótce. Zaopatrując się w kolejną parę, chcę w niej chodzić, używać, nosić, czuć się dobrze, to nie ma być przebranie, eksponat na półkę. Nic na siłę, bo nie trzeba mieć wszystkiego.

Wiecie, na koniec dnia – to tylko buty 😉

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.