Co się stało ze sklepami stacjonarnymi?

Za dzieciaka opcja pojechania do centrum miasta, możliwość przejścia się po sklepach była czymś wyjątkowym, na co się wyczekiwało. Oczywiście, lata ’90, era przed internetem, to zupełnie inny okres pod całą masą względów – ale czasem się zastanawiam, czy to ja mentalnie się tak zestarzałem, czy wszystko wokół  tak bardzo się zmieniło?

Robiąc jeszcze wspominki do czasów gdy było się nastolatkiem i rynek butów i nie tylko wyglądał zgoła odmiennie jak teraz. Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem dorwać w swoje ręce katalogi producentów/sklepów, słynne „chciałbym/kupiłbym”, w obcych miastach przejście się w poszukiwaniu skateshopów czy sportowych było swoistym obowiązkiem. Czemu o tym piszę? Podczas nie tak dawnego krótkiego wypadu urlopowego w kraju i zahaczeniu o galerię handlową po 5 minutach miałem ochotę wyjść. Nie, nie było tłoczono, nic z tych rzeczy. Po prostu poczułem się, jakbym był w swojej pobliskiej, tylko sam pasaż wygląda nieco inaczej, bo sklepy wszędzie te same. Te same sieciówki, ten sam towar, nic co by przykuło wzrok – czyli swoista nuda i bezpłciowość.

Na szybko zestawiając to z zachodem – tam pojęcie concept shopu ma rację bytu i niejeden sklep który znamy z sieci, stacjonarnie ma mały punkt, gdzie jest kilka rzeczy na krzyż (bo magazyn zupełnie gdzie indziej). Ale ma to swój klimat. Dywagacje na temat różnic między nami a zachodem można by prowadzić bardzo długo, niemniej co zdarza mi się być w Berlinie czy Amsterdamie, zawsze gdzieś tam jest ten efekt „wow”.

Nie jest odkryciem, że internet jest rewolucją na całej masie płaszczyzn które trudno nawet zliczyć. Można szybciej, łatwiej, bez wychodzenia z domu albo już nawet bez pomocy komputera tylko telefonem załatwić całą masą rzeczy. Teraz po nowości jeśli nie przecieki w temacie obuwniczych odpala się strony, blogi, instagramy. Chcemy coś kupić? Rzut okiem w sieć jak coś wygląda na zdjęciach w różnych sklepach, przy okazji wygoogluje się ich wygląd na nodze. Stacjonarki stały się miejscem gdzie idziemy przymierzyć, zobaczyć czy jakość jest OK, albo są też swego rodzaju uwierzytelnieniem że to nie „firma-widmo”, „pośrednictwo w zakupach” gdzie paczka idzie z Chin. Stąd nie jest nadużyciem twierdzenie, że sklepy stacjonarne stały się tak naprawdę „wizytówkami” – mają reklamować, bo tak naprawdę sprzedaż i tak odbywa się głównie online.

Tak, jest to kolejny łabędzi śpiew za przeszłością, kiedy to wchodziło się do sklepu i było się zaskoczonym tym, co właśnie się zobaczyło. Nawet można powiedzieć więcej – co tydzień chodziło się do sklepu oglądać tego samego buta, bo to był jedyny sposób aby go zobaczyć…

Dobra, dziś trochę pomarudziłem – lecz to była jedna z tych myśli która jakoś za mną chodziła od dłuższego czasu. Jeszcze kilka małych lat temu odwiedzanie każdego sklepu za butami było „jak Amen w pacierzu” – teraz będąc szczerym coraz częściej będąc w rodzimych galeriach handlowych omijam takie sklepy. Po prostu nie czuje aby mogły mnie one czymś zaskoczyć (bardziej liczę że coś trafię w TK Maxxie…). Ale z drugiej strony nie oznacza to, że wszystko stracone. W dobie wypychania wszystkiego online raz po raz widzimy że część sklepów z częścią wydań stara się, aby były one przynajmniej przez jakiś czas dostępne wyłącznie stacjonarnie. Aby klient musiał po to przyjść, aby można było go zaskoczyć tym, że coś nie musi rozjeść się tylko w 2 minuty w sieci. OK, zaraz mogą pojawić się głosy, że ja musiałbym jechać 500km do tego miejsca, a mogę to zamówić online na pewno z jakiegoś zachodniego sklepu. Oczywiście że możesz – ale czy butgra polega tylko i wyłącznie na tym, aby kupić wszystko nie wychodząc z domu i nie próbować czasem zapolować na coś nie tylko poprzez licytację na eBay’u? Internet odebrał nam trochę tego czynnika ludzkiego, lecz stawiam że niejedna osoba która to czyta ma w swoich zbiorach parę którą trzyma trochę przez sentyment za to w jaki sposób udało się ją kupić w jakimś sklepie.

Tyle ze wspominek za tym co było. Z chęcią usłyszę, czy ktoś ma coś jeszcze do dodania, albo czyjąś historię z dorwaniem jakiejś pary przed laty w jakiś sklepie.

There are 3 comments

  1. Tomasss

    podpisuje sie pod każdym slowem w tym tekscie. w polowie lat 90tych czesto jezdzilo sie z bratem do centrum tylko po to zeby zrobic obchod po sklepach z butami…a to w reeboku zobaczyc but Shaqua w rozmiarze 56 a to dotknąć Kamikaze2 Kempa i po wciskac plastry miodu ;)). Duzo sklepów niesieciowych, prowadzonych przez prywatnych przedsiebiorców ( u „żyda” bylo najwiecej butów do kosza – nigdy nie zapomne jak po raz pierwszy wzialem do reki Nike Air Zoom Flight 95- kosmos!). Fila również wiodło prym.. Jak sie jechalo do Krakowa to obowiazkowo szlo sie najpierw na ul. Florianska „poobczajac” butki a dopiero pozniej na Wawel, mozna by duzo opowiadac…

    Dzisiaj wszystko jest o wiele bardziej na wyciagniecie reki..relatywnie tansze.. i mniej magiczne za razem

  2. Tomasss

    Kilka lat pozniej do glosu doszla firma And1 za sprawą wiadomo czego.. Pamietam jak pewien kolezka z osiedla jako pierwszy mial buty tej firmy przywiezione z Niemiec..łał.. do dziś owy kolezka ma ksywke and1 – moze lekko zapomniana ale kazdy wie o kogo chodzi 😀

  3. Young sneakerhead

    U mnie dopiero niedawno pojawił się jakiś sneakershop i wcześniej jak chciałem dorwać jakieś retro jordany musiałem kombinować przez internet. W ten weekend dokonałem swojego pierwszego zakupu stacjonarnie, padło na AJ 13 History of Flight, osobiście wolę podjechać do galerii i kupić buty osobiście, wybrać najładniejszą parkę i później nie płakać że te z neta przyjechały w średniej lub złej jakości. Tym bardziej że ciężko na nie pracuję w wakacje.

Dodaj komentarz