„WYPRZEDAJĘ SWOJĄ KOLEKCJĘ!”

art-but1Chwytliwy tytuł, zgadzacie się? 😉 Przyznaję się, jest to klasyczny „clickbait” aby więcej osób zechciało rzucić okiem na te kilka słów ode mnie, gdyż ja póki co jeszcze takiej decyzji nie podjąłem. Powodem do napisania był właśnie temat wyprzedawania kolekcji, który to przewinął się ostatnimi czasy u czołowych sneakersowych YouTube’erów (mała autopromocja – butologia także ma kanał na YT i nawet regularnie go prowadzę…). Czemu się wyprzedają? Powody są różne – że czas zająć się „poważniejszymi” sprawami, chęć przeznaczenia środków na rekompensaty za osobę którą się poświadczyło, czy po prostu chęć zaczęcia od nowa. Oczywiście jak to na YouTube’ie bywa, obejrzy się jedno video a za chwilę macie sugestię pięciu podobnych, bo temat w krótkim czasie zrobił się bardzo gorący. Nie jest to też tak, że to nagle wielkie halo z tą wyprzedażą, że to jakiś rychły koniec butgry – takie akcje działy się od lat, tylko teraz za sprawą social mediów jest to bardziej uwypuklone/nagłośnione. Za oceanem nie jedna gruba kolekcja poszła pod młotek a przecież nie brak też osób, które stale rotują swoją kolekcją, które kilka lat temu lubowało się w tym, przerzuciło się na tamto, a teraz chwyta za to.

„Jak wiele jest zbyt wiele?” co chwytliwej brzmi po angielsku – „how much is too much?” Nieważne jakie są powody do wyprzedania kolekcji, czy chociaż mocnego ograniczenia ilości posiadanych par – w pewnym momencie dochodzi się do przysłowiowej ściany (może ona nawet i być z kartonów po butach). Dla jednego będzie to 100, dla innego 200 a dla jeszcze innego 500 par. Dochodzi się do tego punktu, że człowiek zastanawia się, czy naprawdę potrzebuje tyle butów. Tak, zgadza się – coś co nas napędzało przez lata, było nie raz powodem wypieków na twarzy, w pewnym momencie zaczyna człowieka przytłaczać. Przez lata to było odświeżanie wspomnień – kupowało się wydania retro bo widziało się, kto w nich grał, czego dokonał, bazowały na przełomowej na dane czasy technologii, designie, oryginalna kolorystyka czy nawet od święta jakaś kolaboracja (których dawniej było znacząco mniej) – to był kiedyś w sporej mierze czynnik napędzający. Ale ile tak można? Póki starcza miejsca w szafie, regale, pokoju? Czy to nie jest tak jak się mówi o twardych narkotykach – pierwszy raz jest tym najlepszym, potem tylko coraz więcej i więcej, aby znów spróbować doświadczyć tego uczucia jak za pierwszym razem?

Wydaje mi się, że większość osób która siedzi w tym trochę lat miała w swoim życiu moment, kiedy to conajmniej się zagalopowała w tym wszystkim. Nie ma się co oszukiwać – nie da się mieć wszystkiego co dusza zapragnie, a w szerszej perspektywie przy próbach zdobycia większości tego co się chce, kończy się to rosnącymi sztaplami kartonów (i redukcją środków na koncie/ w portfelu). Fajnie że część się kupiło, ale po chwili niedosyt, że chciało się jeszcze tą i tamtą parę…

Sam w tym siedzę od lat – wydania na widok których szybciej biło mi serce na przestrzeni czasu się zmieniały i uważam to za pewną naturalną kolej rzeczy – ponoć tylko krowa nie zmienia zdania. Kiedyś to było wszystko co ze Swooshem, był czas mocnej fascynacji New Balancem, kompletowanie butów do basketu których nie mogło się mieć będąc młodszym i nie będę kłamał że teraz bardzo chętnie patrzę w stronę adidasa. Zawsze lubiłem różnorodność co skutkuje tym, że otaczam się ponad 200 pudłami i łapie się na tym, że o części par zapominam albo nie wyciągam ich z pudełek po dwa jak nie trzy lata (a jak myślę aby je ubrać to finalnie stwierdzam że jednak nie dziś). Kupując każdą parę starałem się, aby była ona dla mnie jakimś kolejnym elementem w kolekcji, coś sobą wnosiła, była reprezentantem jakiś czasów, a nie była ładnym, wyhajpowanym butem który teraz chcą mieć wszyscy. Z jednej strony nie umiem sobie powiedzieć dość, lecz z drugiej czuje że się ocieram o tą ścianę. Kupowanie butów jest uzależniające, a „kolekcjonowanie” jest czasem tylko przykrywką tego nałogu. A przy aktualnej ilości premier można zwariować, szczególnie jak się człowiek nie zamyka na jeden typ/markę butów.

Czy kiedyś wyprzedam swoją kolekcję? Kilka lat temu byłoby to dla mnie nie do pomyślenia, lecz teraz jest to myśl sporadycznie jakoś się przewijająca w głowie. Przed laty znajomy powiedział, że chciałby się ograniczyć/zamknąć w 50 parach. (pozdro Cweak). Szczerze? Trochę mi to imponuje, bo temat „ograniczenia się” przez lata był mi obcy – był niczym totalna abstrakcja, której nie pojmowałem. Mając wielokrotność tej liczby jestem na powolnym etapie rozstawiania się z częścią par sprzed lat, które wolę aby ktoś inny ponosił, niż miałby skończyć choćby jak moje Air Max 1 „Storm”, które definitywnie nadgryzł ząb czasu.

Temat wyprzedawania kolekcji zapewnie jeszcze nie raz będzie do nas wracał jak bumerang. Powody takiego działania są różne, lecz zawsze podąża za tym ciekawość, czemu ktoś podjął taką decyzję, co sprzedaje (i jaki rozmiar i za ile…). Ponoć osoby które to zrobią czują swoistą lekkość nie będąc uwiązanymi do takiej ilości materialnych rzeczy. Może i na mnie przyjdzie kiedyś pora – choć może aktualnie nic nie wróży takiego obrotu spraw, lecz kto wie co będzie w przyszłości 😉 Póki co dostałem maila że kurier będzie na dniach…art-but2

Dodaj komentarz